Pewien kandydat na prezydenta w pewnym niedużym mieście prowadzi swoją kampanię pod hasłem „ Obiecuję więcej niż inni”. Hasło najwidoczniej nośne, skoro w Bielsku- Białej wicemarszałek Sejmu Jerzy Wenderlich (SLD) stwierdził, że samorządy, w których SLD zdobędzie większość, będą budowały przedszkola i żłobki nawet bez finansowego wsparcia rządu. Dlaczego akurat przedszkola i żłobki? Wiadomo, polityka prorodzinna, rodzina jest najważniejsza, szansa powrotu kobiet do pracy – nośne, bezpieczne i nikt się nie przyczepi. Oczywiście, że złośliwy się zapyta, a dlaczego do tej pory nie budowaliście żłobków i przedszkoli? Bywały przecież takie czasy, że SLD rządził, nie tylko w samorządach. I „ w temacie przedszkoli” jak była bryndza, tak jest.
Premier Putin to naprawdę fajny gość. Upoluje niedźwiedzia, zgasi pożar na Syberii, osobiście przypilnuje remontu zniszczonej wioski każąc sobie instalować w domu internetową kamerę. Z narodem porozmawia, ba, naród bez obaw może mu zadawać pytania. Do tego wysportowany. Jeszcze nikt z nim nie zwyciężył w pojedynku judo. Premier Tusk to wszystko widzi i zazdrości. Ale nie ma czego. Premier Tusk też jest fajnym gościem. Wysportowany (nikt nie strzela tyle goli co on), potrafi mieć tak samo srogie spojrzenie, a jak trzeba to zażartuje, no i z narodem oczywiście też rozmawia. Ostatnio na przykład zatroskany losem członka narodu, poradził posłowi Palikotowi, żeby nie stał w przeciągu. Teraz zatroskany losem swoich (Platformy) posłów przenosi swoje biuro do Sejmu. Pańskie oko konia tuczy. Premier będzie pilnował, by ustawy powstawały i się szybko głosowały. Bez nadzoru premiera projekty ustaw chowają się po kątach a posłowie Platformy siedzą w restauracji i bąki zbijają.
Przez polskie miasta przetacza się nowy ( właściwie nie tak całkiem) biznes. Dopalacze. Przez polskie media przetacza się fala wojny z dopalaczami. „Władze miasta bezradnie rozkładają ręce”. „Kolejny sklep z dopalaczami w centrum”, grzmią lokalne tytuły. Urzędy skarbowe zapowiadają ( i robią) naloty dywanowe. I co? I nic. Bo co ma niby być? Handel tym świństwem jest tak samo legalny jak sprzedawanie wódki, papierosów, wody toaletowej i kompostu. Zdelegalizować niby można, tylko jak? Zresztą sukces będzie pozorny – świat dopalaczy zejdzie do podziemia jak marycha i amfa.
Unia Europejska w trosce o nasze życie proponuje, by paczki papierosów były czarno białe. Informacja przemknęła prawie niezauważona w mediach pomiędzy dyskusjami kto kogo w Platformie i dlaczego nikt Kaczyńskiego w PiS. Dodatkowo, by palenie było zdrowsze, do tytoniu w procesie produkcji nie będzie można dorzucać dodatków smakowych. Taka propozycja jest. W wolnej Europie nie można po prostu wysadzić w powietrze fabryk papierosów a producentom tytoniu kazać uprawiać sałatę, skoro tytoń szkodzi i powoduje raka. W Europie papierosy się produkuje a następnie obrzydza. To oczywiście najpiękniejsza odmiana czystej hipokryzji, ale zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić, co samo z siebie jest dziwne, ale jednocześnie świadczy o tym, że istota ludzka jest bardzo elastyczna. Koncepcja zakazu uszlachetniania tytoniu w procesie produkcji jest jednak pomysłem wychodzącym daleko poza pomysły dotychczasowe. Dodatkowo mija się z logiką.
Fiskus bierze się za rodziców, którzy twierdzą, że samotnie wychowują dzieci, mimo że żyją w nieformalnych związkach – donosi portal dziennik.pl. By jednak udowodnić, że podatnicy kłamią, urzędnicy muszą zdobyć konkretne dowody, że rodzice z kimś ułożyli sobie życie.
- Panie prezesie, pan minister do pana – powiedziała sekretarka.
- Prosić, prosić – wstał zza biurka prezes. Kiedyś przyjaciele z podziemia, dziś w dalszym ciągu koledzy poznający się na ulicy. Prezes - szef wielkiej firmy, zaczynał w garażu, minister, absolwent dobrej uczelni, dyplom z wyróżnieniem, kiedyś społecznik, dziś prominent najważniejszej partii.
- Witam w skromnych progach mojej manufaktury – z uśmiechem powitał gościa prezes.
- Sługa narodu, do usług – autoironicznie odparł minister.
- Służycie, służycie, tylko jak długo naród to wytrzyma? – prezes nalał dwudziestoletnią whisky do kieliszków.
Lokalne kina padają jak muchy, donosi Dziennik Gazeta Prawna. Przyczyną mają być kinowe molochy, czyli multipleksy. Z pozoru to prawda. Powstaje nowoczesne kino z kilkoma klimatyzowanymi salami, wygodnymi fotelami i doskonałym nagłośnieniem. Repertuar zawsze jakiś jest, popcorn też. A przy okazji jeszcze zakupy za jednym zamachem w centrum handlowym można zrobić. Bez wątpienia multipleksy namieszały sporo w kinowej rzeczywistości i pośrednio są przyczyną wykrwawiania mały, lokalnych kin. Ale jest jeszcze drugie dno. Dystrybutor. To on jest bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć małych kin. I na dodatek trudno mieć o to pretensje. Oto kilka przyczyn, dla których kino wielosalowe na starcie wygrywa z maluszkami.
Gruby i Siwy gasili popołudniowy upał zimnym puszczańskim omawiając przy okazji wprowadzenie kas fiskalnych do biur adwokatów i gabinetów lekarzy. Właśnie się spierali, czy zalepienie dziury w zębie z paragonem podrożeje, czy nie, kiedy w drzwiach „Śledzia” stanęła Zuza, koleżanka z klasy Grubego. Najładniejsza koleżanka. Spotykali się czasem na szkolnych zjazdach, ale u „Śledzia”? Gruby mimowolnie wciągnął brzuch.
Kiedy media są upartyjnione? Kiedy władze mediów pochodzą z nominacji wrażej partii. A kiedy są publiczne, czyli obywatelskie? Kiedy to nasza partia ma moc obsadzenia prezesów w radiu i telewizji.
Adam był zdolnym stolarzem. Ostatnio największe pieniądze zarabiał na stylizowanych meblach. Pracy miał sporo, zamówienia spływały, żaden mebel nie stał w magazynie. Można powiedzieć, że Adam w ogóle miał szczęście. Zaradna żona, dorastający syn nie sprawiający żadnych kłopotów. Ba, mało kto może pochwalić się tak zdolnym, wysportowanych i doskonale ułożonym synem. Jeszcze harcerzem na dodatek. Kiedy Adam był nastolatkiem harcerstwo było o wiele popularniejsze. Dziś mniej, ale Tomkowi (tak miał na imię) wcale to nie przeszkadzało. Kiedy spadł Samolot, drużyna Tomka jako jedna z pierwszych pełniła wartę honorową przy Pałacu. Pilnowali zniczy, porządkowali kwiaty, sprzątali.
- Pomyśl kochanie, Agro wczasy – wierciła dziurę brzuchu Luśka – Cisza, szum drzew, świergot ptaków, kwaśne mleko jak z dzieciństwa. W końcu pomyślał, czemu nie? Tym bardziej, że oferta znaleziona w Internecie wyglądała nieźle.
- Popatrz, popatrz – ćwierkała zachwycona Luśka, kiedy zjechali z drogi gminnej, potem mocno podrzędnej i na koniec toczyli się leśnym duktem – To jest to, a jakie powietrze!
Byłem na wakacjach. Jak dziesiątki tysięcy Polaków skorzystałem z oferty jednego z biur podróży i poleciałem do hotelu z basenem, barami, restauracjami i klimatyzowanymi pokojami. W hotelu okazało się, że w Europie podróżują głównie Polacy z małą domieszką Anglików, przez co poczułem się trochę oszukany, bo w zagranicznym hotelu obcokrajowców było tylu, co w Popiątkowie i to w dolnym sezonie. Na szczęście zabytki poza hotelem były autentycznie greckie. W pokoju hotelowym oczywiście stał telewizor z kilkunastoma programami.
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach