Środa, 23 V 2012 r.
Nr 73/2012 (1293)
indeks alfabetyczny |
A  B  C  D  E  F  G  H  I  J  K  L  Ł  M  N  O  P  R  S  Ś  T  U  W  V  Z  Ź  Ż 
wydanie z wybranego dnia | najczęściej czytane | najlepiej oceniane | zmień rozmiar czcionki | terminy i wydarzenia | kanał RSS
 

28 września 2010 r.

Elastyczność przede wszystkim

Przez polskie miasta przetacza się nowy ( właściwie nie tak całkiem) biznes. Dopalacze. Przez polskie media przetacza się fala wojny z dopalaczami. „Władze miasta bezradnie rozkładają ręce”. „Kolejny sklep z dopalaczami w centrum”, grzmią lokalne tytuły. Urzędy skarbowe zapowiadają ( i robią) naloty dywanowe. I co? I nic. Bo co ma niby być? Handel tym świństwem jest tak samo legalny jak sprzedawanie wódki, papierosów, wody toaletowej i kompostu. Zdelegalizować niby można, tylko jak? Zresztą sukces będzie pozorny – świat dopalaczy zejdzie do podziemia jak marycha i amfa.

Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.

R E K L A M A

Od czasu, do czasu policja ogłosi sukces, bo zatrzyma ciężarówkę z towarem kolekcjonerskim, bo tak w trosce o zdrowie klienta określane są dopalające prochy. Ale ja właściwie nie o tym. Obserwując bezradność państwa w „temacie dopalacze” obserwuję jednocześnie dość elastyczne podejście do prawa. „Będziemy ich nękać kontrolami, aż coś znajdziemy” – deklarują urzędy skarbowe. To fiskus jest od tego, żeby gnębić legalnych przedsiębiorców, czy pilnować zgodnego z prawem odprowadzania podatków? No, nie, my tylko tym z dopalaczami chcemy pokazać, gdzie raki zimują. Przecież to takie szkodliwe – tłumaczą urzędnicy a społeczeństwo popiera. Tak, tak. Won z dopalaczami! Picie morskiej wody w nadmiarze też jest szkodliwe a kupionym w markecie budowlanym wapnem można wypalić oczy, filodendronem albo innym wilczomleczem z kwiaciarni nieźle podtruć. Nie słyszałem, by służby wszelkie ogłaszały wojnę na śmierć i podatki z kwiaciarniami.

Przypadkowo miałem okazję obserwować dyskusję nad zmianą lokalnego prawa. Radni z mojego miasteczka dyskutowali nad drobiazgiem, wadliwym jednak prawnie na tyle, że trzeba go było zmienić, co było nie w smak pewnej grupie. Zmiana przywracająca uchwale zgodność z prawem nie przeszła. Głównym argumentem było pytanie przewodniczącego rady: „A co oni nam mogą zrobić? Nic”. Ci oni, to wojewoda, który może uchwałę uchylić. Dura lex sed lex? Wolne żarty. Bardziej granat w kieszeni Pawlaka. W tej samej radzie przewodniczący komisji rewizyjnej cierpliwie kiedyś czekał aż z obrad komisji wyjdzie niewygodny mu radny i jeszcze raz zarządził głosowanie w przegłosowanej już sprawie. Skuteczność przede wszystkim.

Mam wrażenie, że prawa nie lubimy. Denerwuje nas prawo głupie, sprzeczne i niewygodne. Wszystkich nas denerwuje. Stąd powszechne praktyki przepisów powielaczowych, doraźnych, prowizorycznych, często oczywiście łamiących prawo. Albo działań tylko z pozoru z prawem zgodnych, jak intensywne kontrole sanitarne lub skarbowe wobec podmiotów, które są nam z jakiś tam powodów nie w smak. Stąd sprzedawanie wódki małolatom, wyprzedzanie na podwójnej, jak nikt nie widzi, odpuszczanie zajęć z etyki w szkołach, chociaż prawo wyraźnie mówi co innego, farsa z krzyżem i milionami wydanymi na jego ochronę przez podatników warszawskich, ustalanie wedle mało znanego klucza, kto w gminie wyszynk do północy prowadzić może, a kto nie, czy wspomniana na początku wojna z dopalaczami. W tym samym kociołku siedzą interpretatorzy prawa, którzy swoją nadgorliwością i niby zgodnymi z prawem decyzjami doprowadzają firmy do bankructwa i pan burmistrz, który grochówkę fakturuje jako posiłek dla dzieci a zjadają ją kumple z partii na wiecu. Ale jest tam również miejsce dla samotnej matki z dzieckiem, która nielegalnie zajmuje puste mieszkanie i pan dziennikarz ze swoją gazetą, który nie ma odwagi napisać, że ta pani łamie prawo. Są tam też i policjanci podwożący kumpla radiowozem z pijackiej balangi i supermarket przeklejający daty ważności.

Sprzężenie zwrotne i błędne koło. Decyzja administracyjna w terminie? A co nam mogą zrobić? Odpiszemy, że nawał spraw nie pozwala dochować terminu. Tego lasu nie powinno się wycinać? Eee tam, od czego znajomy minister. Prawo prasowe? Autorskie? Tantiemy? Podobno ( czytałem, więc piszę podobno) sam premier zdziwił się, że taki szwindel jeszcze istnieje. Płacić tyle razy za raz napisany refren? Bez sensu.

Na bakier z prawem są mali i duzi. Średni zresztą też. Właściwie nie na bakier, bo ci siedzą w więzieniach. Jesteśmy wobec prawa elastyczni. Jedni mniej, ci co więcej ćwiczą bardziej.


Paweł Ławicki


Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach