20 marca 2008 r.
Pół roku temu Gruby trafił czwórkę w totolotka. Było tego z dziesięć tysięcy. Radości było co niemiara. Ponieważ wygrana była niespodziewana, Gruby postanowił wydać kasę równie niespodziewanie.
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
— Lecimy do Dublina — powiedział Luśce.
— Jej, fajnie — o dziwo odpowiedziała żona. — Lodówka może poczekać.
— Żadne tam tanie linie z lotniskiem trzysta kilometrów od stolicy. Lecimy, Luśka, jak paniska i już — zaśmiał się Gruby na myśl o zimnym irlandzkim stoucie.
Wszystko ładnie zaplanował, zarezerwował bilety ze sporym wyprzedzeniem. To było pół roku temu. Dziś nieco nerwowi, trzymając bilety w ręku, oczekiwali na odprawę na pachnącym nowością od piętnastu lat terminalu Okęcie II.
— Bardzo mi przykro, tego lotu nie ma — powiedziała hostessa.
— Jak nie ma, skoro jest — błyskawicznie odparował Gruby. — Bilety mamy.
— Bilety są OK, samolotu jednak nie ma — spokojnie informowała hostessa z tabliczką „Kasia” na kształtnej europejskiej piersi.
— To znaczy, że co, że nie polecimy do Dublina? — zdumiała się Luśka.
— Oczywiście, że państwo polecicie — uśmiechnęła się uspokajająco Kasia.
— Ale innym samolotem za trzy dni, na inne lotnisko i nie do Dublina, tylko do Kętrzyna — zdenerwował się Gruby.
— Dziś, do centrum i tym samolotem, proszę się nie irytować — pani Kasia położyła rękę na ręku Grubego, ale jak zobaczyła wzrok Luśki, szybko się cofnęła, lekko zaczerwieniona.
— Przecież tego samolotu nie ma — stwierdziła prowokacyjnie Luśka. — Sama pani mówiła przed chwilą.
— Nie ma — przytaknęła Kasia. — To znaczy był do wczoraj, dzisiaj już go nie ma.
— David Copperfield po Okęciu grasuje? — niby to zażartował Gruby.
— Nic więcej powiedzieć nie mogę, proszę bileciki — wyciągnęła rękę pani Kasia, tym razem ostrożniej.
— Ale... — Luśkę irracjonalność sytuacji zatkała.
— Ale skoro bilety są, muszę do systemu wprowadzić, a samolot pewnie jakiś się znajdzie, ha, ha — kliknęła Enter pani Kasia. — I jeszcze paszporciki.
Gruby czuł się kretyńsko. Właśnie przeszedł odprawę na samolot, którego nie ma. Gorzej. Walizka z nową piżamą pojechała wózkiem, zniknęła za śluzą bezpowrotnie.
— I co robimy? — Luśka prawie płakała.
— Zapytamy się tego gościa, co biegnie w naszym kierunku, może to ochrona — zdecydował szybko Gruby, ale facet był szybszy.
— Panie, na Dublin to tędy? — wysapał szczupły garniturowy biegacz z komórką w ręku.
— Nooooo, generalnie i właściwie, ale lotu nie ma — odpowiedział Gruby.
— Jak, kurna, nie ma, jak jest — facet spojrzał na zegarek.
— Tak samo powiedziałem pani Kasi pół godziny temu — ucieszył się Gruby.
— No jasna cholera, zwariować można z tym LOT-em, a prosiłem, żebym nie prosił, prosiłem, jeszcze jak prosiłem. Jasna cholera, cholera jasna — miotał się facet.
— Pańska komórka dzwoni — uśmiechnęła się Luśka do bliźniego w kłopotach.
— No jestem, no gdzie kurna, na Okęciu jestem, samolot zniknął, mi tu małżeństwo mówi, nie wiem, jak zniknął.
— Wczoraj był, dzisiaj nie ma — wyszeptał Gruby.
— Wczoraj był dzisiaj nie ma, no nie ma. Jak jest, jak nie ma? Jest? Do Dublina? A... no jasne, już lecimy.
— Pani przodem i biegiem, samolot czeka — schował komórkę do kieszeni garnituru i poluzował krawat facet. — Moja wina, szanowni państwo, sorry. — Rytmicznie wysapał podczas truchtu.
— A pan co, dyrektor LOT-u? — nieco mniej rytmicznie zapytał Gruby.
— Gorzej. Premier. Mogliście nie poznać, u fryzjera byłem.
W oddali słychać było lekko zniekształcony przez system nagłaśniający głos pani Kasi:
„Wszystkim pasażerom utajnionego lotu 2467 z Warszawy do Dublina, szczególnie panu premierowi, załoga terminalu Okęcie II życzy miękkiego lądowania” .
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach