14 lipca 2010 r.
- Pomyśl kochanie, Agro wczasy – wierciła dziurę brzuchu Luśka – Cisza, szum drzew, świergot ptaków, kwaśne mleko jak z dzieciństwa. W końcu pomyślał, czemu nie? Tym bardziej, że oferta znaleziona w Internecie wyglądała nieźle.
- Popatrz, popatrz – ćwierkała zachwycona Luśka, kiedy zjechali z drogi gminnej, potem mocno podrzędnej i na koniec toczyli się leśnym duktem – To jest to, a jakie powietrze!
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
Agroturystyka „U Bolesława” prezentowała się nieźle. Gospodarz Bolesław przywitał serdecznie nowych gości i zaniósł bagaże do pokoju.
- Macie szczęście. Ostatni pokój – powiedział Bolesław – Kolacja o siódmej.
- Ech, super jest – powiedziała Luśka wychodząc z łazienki.
- Cicho, słyszysz? – nadstawił ucho Gruby. Delikatny szmer po chwili stał się dźwiękiem pociągu. Szklanki w kredensiku zadrżały.
- Co jest? – Gruby nie zdążył się zdziwić, bo nad siedliskiem przeleciał samolot. Czajnik elektryczny zsunął się na podłogę.
***
Na kolację można było wybrać: pizzę i frytki. Była jeszcze kiełbasa, która po przekrojeniu rozłaziła się po talerzu jak nadpobudliwa ameba. Gruby wypił herbatę i lekko zszokowany poszedł na spacer. Wszędzie było czysto i zielono. Ale coś Grubemu nie pasowało.
- Nie widziałem kury – powiedział Luśce – Ani jednej. Zasnęli długo po północy. Gospodarz uparł się, że skuje posadzkę w stodole. Echo niosło dźwięki młota daleko w las…
***
Po śniadaniu, Gruby podszedł do gospodarza.
- Panie Bolesławie, czy jest pan pewny, że prowadzi pan gospodarstwo Agro? – zapytał grzecznie.
- A co, nie podoba się? – Bolesław natychmiast się zafrasował- Łazienki w zeszłym roku remontowane.
- Łazienki OK, ale wie pan, te samoloty, pociągi – kontynuował Gruby.
- Aaaaa, pan z tych idealistów – zaśmiał się Bolesław – Pewnie marzy się mleko od krowy, jaja z kurnika i kumkanie żab.
- Noo, w pewnym sensie – kiwnął głową Gruby.
- Kochany panie. Też tak na początku myślałem. Tam łaziły kurki, kogut piał o szóstej rano, koń czekał pod siodłem, w stawku kumkały żabki, a tym zagajniku mieszkały skowronki. W nocy cisza głowę urywała. Kwaśne mleko stało w lodówce. Jak uwędziłem karpia, to pachniało na pół wsi.
- Fajnie – westchnął Gruby.
- Fajnie, fajnie. Tylko turyści narzekali. Dwieście tysięcy na remont wydałem, a oni, że kogut spać w nocy nie daje. Słowiki telewizor zagłuszają, a od żab się robią nerwowi. Mleko z porannego udoju za tłuste, jaja za żółte a koń, wie pan, jak to koń, a oni potem wdeptują i adidasów domyć się nie da. Długo walczyłem ze sobą. Ale żyć trzeba. Wiejskie żarcie zastąpiłem miejskim chłamem z fabryki, zasypałem staw, kilka razy dziennie puszczam lądujące odrzutowce i pociągi. Słowiki od tych pociągów dały nogę, nietoperzy już dawno nie ma, bo się we włosy wkręcają. Jutro będę gotował asfalt, podobno jak wieje od lasu, to żywicą śmierdzi.
- Absurd – złapał się za głowę Gruby.
- Jasne, ale żyć trzeba.
***
Gruby i Luśka jeszcze tego popołudnia wyjechali od pana Bolesława. Załatwił im pobyt u znajomego właściciela hotelu w pobliskim prawie dwustutysięcznym mieście. W promocyjnym pakiecie „ Miasto jakiego nie znasz” dostali sienniki wypchane świeżym sianem, ekologiczne jedzenie, domowe piwo i nalewki. Jutro pojadą konnym wozem drabiniastym a pojutrze rano mają kurs dojenia krowy. Krowa jeszcze niedawno stała w oborze u Bolesława. Koń też radośnie machał ogonem, kiedy Bolesław czasem wpadał do kumpla pogadać o interesach. Bo w turystyce każdy znajdzie swoją niszę.
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach