3 grudnia 2009 r.
Dlatego postanowiłem zostać historykiem. Nie takim w szkole z bachorami w klasie, tylko sławnym, jak na przykład Gontarczyk z IPN. Ponieważ sławność historyka bierze się albo z wiedzy i talentu albo, co w moim wypadku prostsze, z zaistnienia w mediach z powodu pisania o kimś znanym, postanowiłem to drugie. Na początek wziąłem na tapetę słynnego w mojej wsi Aleksandra Słodkowskiego, dawnego sołtysa. Sporo o nim wiedziałem, na przykład to, że był sołtysem i w latach osiemdziesiątych zapłacił kilka mandatów i bywał w związku z tym na posterunku milicji.
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
W lokalnej gazecie „ Puszczańskie odgłosy Puszczy” opublikowałem tekst, mówiący o tym, że skoro Słodkowski bywał w komendzie powiatowej milicji, na co są dowody, to na pewno był agentem o pseudonimie „Ali”. W artykule wywodziłem jasno, że wszystko się zgadza. Dodatkowo byłem tego nawet prawie pewny, bo wszyscy we wsi mówili do Słodkowskiego „Ali” a to dlatego, że potrafił po kilku głębszych przywalić chłopakom z sąsiedniej wsi. No i się zaczęło. Słodkowski oczywiście pozwał mnie do sądu i o dziwo wygrał. Sąd stwierdził, że nie ma wystarczających dowodów na domniemaną współpracę Słodkowskiego z SB. Opublikowałem więc w „Odgłosach” stosowne sprostowanie a następnie kolejny tekst, w którym szczegółowo wyjaśniłem, że owszem twardych faktów nie ma, ale miękkie i owszem. Sąd po prostu nie znał wszystkich dowodów, zaufał zeznaniom funkcjonariuszy, którzy kłamali, pominął opinię biegłego specjalizującego się w badaniu akt SB.
Jako rasowy historyk nie dałem się zwieść. Bo fakty pokazywały czarno na białym: Słodkowski nie figuruje w kartotekach operacyjnych, ani systemach komputerowych SB. Phi, też mi informacja. Historyk musi szukać odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” między faktami. Bo czarne jest białe a czarne też czarne. Dlaczego nie figuruje? Bo z ewidencji łatwo usunąć dane. Kartę wystarczyło wyjąć z szuflady kartoteki, a zapis komputerowy skasować. Bułka z masłem. Wszyscy wiemy, że esbecy to lepsze cwaniaki. Na komputerach się znali.
W zeszłym tygodniu zwolennicy Słodkowskiego dopadli mnie „ U Śledzia”. - Jak jesteś taki historyk Ławicki, to powiedz cwaniaczku, jak to jest możliwe, że w papierach stoi jak drut, że agent Ali pisał do Życia Warszawy, a wszyscy wiemy, że Słodkowski nawet porządnie pisma do gminy napisać nie potrafił i Życia Warszawy na oczy nie widział. Takie plewy na mój młyn rzetelnego historyka? Dobre sobie. Postawiłem chłopakom po piwku i łagodnie wytłumaczyłem, że najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że autorzy źle zrozumieli informacje przekazane przez swoich przełożonych, albo sami opisali sprawę w mylący sposób. Podobnie tylko naiwniaków zmylić może fakt, że w papierach nie ma ani jednego donosu pochodzącego od Alego. Boże, przecież to takie proste. Teczka personalna oraz teczka pracy Słodkowskiego została zniszczona. Pomyślcie sami: Przecież gdyby nie zostały zniszczone, to by były w archiwach, nie? W mojej pracy historyka przyświeca mi niczym kaganek oświaty myśl, którą powiedział mi kiedyś kolega pracujący w sądzie na szatni. „Wszyscy wiedzą, że Kowalski śpi ze swoim kotem. Co z tego, że Kowalski nigdy nie miał kota. Tym gorzej dla niego”.
Paweł Ławicki
W tekście znajdują się fragmenty tekstu Cezarego Gmyza „IPN: Kwaśniewski był TW Alkiem”. Rzeczpospolita z 2 grudnia 2009 roku.
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach