2 lipca 2009 r.
Nie ma i nie będzie takiej partii, która zrobiłaby coś, co będzie dla niej szkodliwe. Dlatego kiedy na rok przed wyborami samorządowymi Platformie zaczyna się podobać pomysł okręgów jednomandatowych sprawa jest jasna – taki sposób wybierania radnych może być dla nich korzystny. Tak przynajmniej teraz sądzą. PiS pomysłu się boi, bo mają wrażenie, że będą mniej popularni w terenie i wybory przegrają.
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
Okręgi jednomandatowe działają już w gminach do 20 tysięcy mieszkańców i doskonale się tam sprawdzają. Podział na sposoby obliczania głosów ze względu na wielkość gminy jest zabiegiem sztucznym i oczywiście pobłogosławionym przez polityków, dla których skomplikowany system obliczania głosów metodą proporcjonalną jest szansą dla lokalnych kacyków. Wszelkie jednak metody przeliczania realnego głosu na jakiekolwiek proporcjonalne poparcie, są dla nas, szarych wyborców pewną formą oszustwa. W mojej gminie na przykład, w ostatnich wyborach przepadła osoba, która zebrała pięć razy więcej głosów niż radny z najmniejszą liczą głosów. Gdzie tu logika? Ktoś, kogo popiera 1000 osób przegrywa z kimś z głosami w liczbie 200, tylko dlatego, że jeden komitet wyborczy globalnie ma więcej głosów od drugiego.
Pomysł na zmianę sposobu wyboru w wyborach samorządowych ma swój cel polityczny. Trudno, niech sobie ma. Ja to kupuję.
Po pierwsze wcale nie wiadomo, czy spodziewana popularność polityków Platformy przełoży się na lokalne poparcie. Nawet jak sympatyzujemy z jakąś opcją, to akurat lokalny lider może nas mierzić i z wyborów nici.
Po drugie lokalne komitety wyborcze będą miały większe szanse na zaistnienie. Upolitycznianie samorządu i dzielenie łupów pomiędzy partie polityczne to kiepski pomysł na samorząd.
Po trzecie wreszcie radny będzie miał imię i nazwisko a nie tylko polityczną wizytówkę i miejsce na liście, o które musiał walczyć ze swoimi kolegami. Dzięki temu już w radzie też będzie miał imię i nazwisko. Nieco przewrotnie potwierdził to jeden z posłów PiS, który udowadniał, że obecna forma wyborów jest OK, partyjna wierchuszka może pilnować swoich ludzi i jak się który zacznie niestosownie zachowywać, następnym razem prezes Kaczyński na listę nie zatwierdzi. Jednym słowem, bądź wierny, bo inaczej partia cię odstrzeli. Przykłady? W każdej partii po kilka co najmniej.
Po czwarte koniec z przeliczaniem głosów według algorytmu, którego wtórnym efektem jest wpuszczanie do polityki ślizgaczy, by nie użyć gorszego słowa. Taki ślizgacz wkręca się tam, gdzie jest poparcie. Ślizgacz wie, że dziś z Platformą ma spore szanse. Kiedyś to był PiS, czy Samoobrona lub SLD. Epoki się zmieniają ślizgacz pozostaje. Lokalny ślizgacz może być emerytem, nauczycielem czy też drobnym kupcem lub kimkolwiek innym, najczęściej zarabia mało, chce więcej i po drodze mu z tymi, co na górze. Ślizgacz staje się aktywnym działaczem lokalnych struktur i jak trafi do rady staje się lokalnym problemem – co zresztą jest tematem na osobne rozważania.
Po piąte, kto powiedział, że lokalni liderzy mogą być znani z nazwiska tylko w małych miejscowościach?
Po szóste, być może pojawią się lokalnie osobowości, którym do tej pory w ciasnym politycznym gorsecie naszych partii było za duszno.
Po siódme, skoro można w wyborach bezpośrednich wybrać wójta, burmistrza, prezydenta, to dlaczego nie radnych?
Po ósme wreszcie życie przynosi różne niespodzianki i założę się o Puszczańskie z pianką, że chytre kombinacje Platformy w wielu miejscach trafi szlag, bo zbiorowa mądrość ludzi jest nieodgadniona. Mleko się rozleje i trudno już będzie wrócić do starej, dobrej metody proporcjonalnego dzielenia głosów. Czego sobie i Państwu szczerze życzę.
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach