8 grudnia 2008 r.
Na biurku Prezesa zadzwonił telefon.
— Panie Prezesie — głos pani Kasi wyraźnie drżał — jakiś pan do pana Prezesa. Mówi, że to pilne.
— Umówiony? — zapytał Prezes.
— Mówi, że on się nie musi umawiać, wchodzi nawet kominem, podobno — słuchawka od głosu pani Kasi drżała coraz mocniej.
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
— Święty Mikołaj jakiś czy co, he,he, he — zaśmiał się Prezes, bo wszyscy wiedzą, że Prezes lubi żartować.
— Pan to wie wszystko, panie Prezesie — wyszeptała pani Kasia. — To co? Wpuścić?
— Dobra, niech wchodzi — machnął ręką Prezes.
Do pięknego gabinetu Prezesa wszedł…. Święty Mikołaj. Żadna chińska podróba. Żaden udawacz na umowę zlecenie. Facet wyglądał… wyglądał… jak Święty Mikołaj. Broda pachnąca mrozem, doskonale skrojony płaszcz, podbity delikatnym futerkiem ze sztucznej foki, mięciutkie czerwone buty.
— Jej, szkoda, że brat tego nie widzi, witam, witam szanowną eminencję, ten, noo, Świątobliwość Mikołaja witam, proszę siadać — Prezes rozpaczliwie szukał właściwego sposobu nawiązania komunikacji.
Mikołaj milczał, ale usiadł przy biurku. Cisza stawała się coraz bardziej namacalna. Prezes usiadł na swoim miejscu.
— Chciałem powiedzieć, że byłem grzeczny, brat też, he, he, he, he — zaśmiał się trochę nerwowo, bo potężna postura Mikołaja i jego polarny wzrok trochę go deprymowały. Położył dłonie na biurku, żeby przypadkiem Święty nie pomyślał, że coś knuje albo na przykład chce nagrywać rozmowę.
Mikołaj wyjął z worka młotek, właściwie młot, bo razem z trzonkiem miał z pół metra długości, i bez słowa walnął tym młotem w lewą dłoń Prezesa. Prezes z bólu zastygł niczym prehistoryczny chomik w trzeciorzędowej żywicy. Tylko oczy były coraz większe. I ręka, która w ekspresowym tempie puchła do wielkości piłki koszykowej.
— Cooooooo? — wyszeptał przerażony i zdumiony prezes. Pierdut!!! Młot uderzył w drugą rękę prezesa.
— Yyyyyyuuuuuauueeeeeeoooooojezukurnatwojajakbolifffffff????? — Prezes bladł i czerwieniał, ze zdumieniem patrząc to na Mikołaja, to na swoje do niedawna wypielęgnowane, natarte rano kremem nawilżającym dłonie, które obecnie przypominały kiepsko utartą pulpę ziemniaczaną na placki.
— Gadaj, gdzie masz brandy, pajacu — odezwał się Święty Mikołaj głosem na pograniczu infradźwięków.
— Tam, tam, w barku — wyszeptał Prezes i kiwnął białą jak papier głową w kierunku udającego XVIII wiek globusa.
Mikołaj podszedł do barku, wsadził do worka trzy flaszki brandy i jedną whisky single malt. Młot włożył za gruby skórzany pas z mosiężną, kutą w skrzaty sprzążką i uśmiechnął się serdecznie do Prezesa.
— Widzisz, chłopie? Powiedziałeś wszystko w dziesięć sekund, bohaterze — Mikołaj z rozmachem zamknął dębowe drzwi. Zastygł w pół kroku i uchylił je raz jeszcze. Zza puchnących rąk Prezesa ledwo było widać pokrytą potem twarz.
— Aha, a trzynastolatkami to ty sobie gęby nie wycieraj. — I tyle go było. Kiedy pani Kasia odzyskała przytomność, zauważyła na swoim biurku czekoladowego renifera z karteczką u szyi: „Gdyby kózka nie skakała, toby nóżki nie złamała, całuski od Świętego Mikołaja”.
Do dziś nikt w biurze nie wie, co tak naprawdę się wydarzyło, ale wigilijny teatrzyk pacynek z zagipsowanymi dziesięcioma palcami Prezesa w roli głównej zapowiadał się obiecująco.
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach