25 maja 2007 r.
Troska Ligi Polskich Rodzin o dzieci nasze i wasze zawsze mnie rzucała na kolana. Ten pełen miłości błysk w oku Ministra, to zrozumienie dla problemów przemysłu tekstylnego (jednym podpisem Roman Giertych stworzył rynek usług wart lekką ręką z dwieście milionów złotych — powinien dostać za to dożywotnio tytuł Honorowej Beli Bawełny).
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
Oszołomiona sukcesami becikowego LPR idzie dalej. Liga chce, żeby państwo nie finansowało przedszkoli i żłobków. I słusznie chce, tym bardziej, że państwo już od dawna nie finansuje tych przybytków. Tak, tak, panie ministrze oświaty: przedszkola i żłobki od zawsze, czyli od reformy samorządowej w 1989 roku, były na garnuszku gmin. Co zresztą zaowocowało masową likwidacją oświatowych placówek tam, gdzie pieniędzy nie starczało. Tyle miesięcy pan minister chodzi po korytarzach MEN i nikt mu tego nie powiedział. Wstyd, panowie urzędnicy.
Więc Liga Polskich Rodzin te pieniądze, których państwo na przedszkola i żłobki nie daje, chce dawać do ręki mamom. A te mogą dziecko oddać na przechowanie niani albo babci. Dzięki czemu babcia emerytka, zamiast marnować czas na wycieczki i sanatoria, będzie mogła sobie dorobić. Nauczycielki zwolnione z kolejno likwidowanych przedszkoli też oczywiście będą mogły skorzystać i poniańczyć na bezrobociu Henia i Kazia. Najfajniejsze jest uzasadnienie transferu pieniędzy, które nie są państwowe. Otóż zdaniem głównego stratega (?) partii, posła Andrzeja Mańki „przedszkole to odrywanie dzieci od rodzin i wtłaczanie ich w wielkie instytucje”. Poseł Mańka najprawdopodobniej powstał z odłamka meteorytu i pojawił się na ziemi od razu dorosły, dlatego też, skoro LPR troszczy się o dzieci, ja przez chwilę otoczę opieką posła i jego kolegów. Poseł pewnie widział na własne oczy, jak każdego roku na początku września w całej Polsce ruszają na łowy Zmilitaryzowane Oddziały Przedszkolanek. Przerażone matki chowają dzieci pod spódnice, do piwnic i tapczanów. Nic z tego: ZOP są bezwzględne. Siepaczki bezlitośnie wyrywają skowyczące dzieci z zaciśniętych w bezsile rąk bezbronnych kobiet i w opancerzonych kibitkach wywożą w niewiadomym kierunku — do przedszkola, gdzie katując i głodząc, wtłaczają w czysty mózg maluszka myśl Wielkiej Instytucji.
Wykształcone nauczycielki? Opieka? Zabawki? Nauka liczenia, pisania, języków obcych? Pływanie? Religia? Śniadanko, obiadek, podwieczorek? Rytmika? Zabawy w piaskownicy? Wycieczki? Dziecięce przyjaźnie? Nie, to nie jest polskie przedszkole made in Mańka. To się nam wszystkim przywidziało. Nie istnieje. Jest bezwzględna machina łamania maleńkich kręgosłupów, którą też jak najszybciej należy złamać. Jeżeli mimo wszystko, w co nadal wątpię, poseł Mańka miał dzieciństwo, to musiało być bardzo smutne. Ale jest na to rada: zamiast na Wiejską pochodzić do przedszkola. Potrzymać się za rączki z panią i pośpiewać „Rolnik sam w dolinie” albo „Jestem sobie przedszkolaczek”.
Oderwać się trochę od poselskiej rodziny. Dla zdrowotności.
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach