8 listopada 2007 r.
Warszawa rozkopana. Jak wiele innych polskich miast. Jest kasa, są remonty. Kiedyś cała Polska odbudowywała stolicę, dziś stolica remontuje się z własnego budżetu. Nie wszystkim się to jednak podoba. Michał Kamiński, pracownik kancelarii Prezydenta RP biegnie wściekły do Ratusza. Biegnie oczywiście na tyle, na ile pozwala mu jeszcze wczoraj idealnie dopasowany garnitur. Do wczoraj, bo wczoraj kolacja była palce lizać.
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
— To jest sabotaż! — wali drzwiami do gabinetu prezydent Warszawy. Sekretarka mdleje. — Ja ci Jaworowicz do ratusza sprowadzę — sapie i luzuje węzeł krawata.
— Michaś, to ty? — wstaje od stołu Hanna Prezydent Waltz, przepraszająco uśmiechając się do szefa delegacji koreańskich przedsiębiorców, chcących postawić kolejną fabrykę na mazowszańskim mateczniku.
— Jaki Michaś, jaki ja, co to kurna za zrywanie asfaltu, co to za rury, to ty kurna nie wiesz, kto za płotem mieszka? — Kamiński nawet nie zauważył oniemiałych Koreańczyków. Jeden z nich wyjął cyfrówkę. Tak na wszelki wypadek.
— Ale o co chodzi? — rozłożyła ręce uśmiechając się najsłodszym z uśmiechów Prezydent Hanka.
— O co chodzi? O co chodzi? Ambasador Dominiki zapierniczać musiał piechotą przez wykopy, bo zrobiłaś scenografię do "Kanału" Wajdy wokół Pałacu Prezydenta. Co ty sobie myślisz, że Warszawa to Brzeziny pod Łodzią? Jedna ulica do remontu tylko jest? Na Powiślu nie mogłaś rozkopać? — miotał się Kamiński po gabinecie prezydent Warszawy.
— Ale ja właśnie specjalnie… — nie zdążyła dokończyć prezydent.
— Jasne, że specjalnie, oczywiście, że specjalnie, bo Platforma wygrała, bo Tusk, bo Niesiołowski, bo Romaszewski be, i od razu rozryć asfalt przed Prezydentem, żeby jedyne buty w waszym błocie ubłocił, zniszczyć polską rację stanu, tylko to potrafisz, stadion zacznij budować, a nie drogę przed pałacem mojego szefa remontować — ciskał gromami rozjuszony Michał.
— Michał, usiądź, uspokój się, panowie z Korei pewnie myślą, że mi scenę pozamałżeńską robisz — prezydent Hanna robiła wszystko, by „gość w dom, Bóg w dom” było nadal słowiańskim zwyczajem.
***
— No nie, tak nie może być — Grubemu puściły nerwy po godzinie oczekiwania w sekretariacie burmistrza.
— Ale tam jest narada… — szepnęła sekretarka. Zemdlała, kiedy Gruby trzasnął drzwiami.
— Panie, panie, kurde panie burmistrzu, tak nie może być. Ja na pana głosowałem, a pan co, kurde? — Gruby stanął przed lekko zaskoczonym burmistrzem.
— Ale o co chodzi? — schował kanapkę w szufladę burmistrz.
— O co chodzi? O co chodzi? To pan nie wie gdzie jest główna ulica w mieście? To pan pierdolety epolety na rogatkach remontuje, asfalt w zaułkach leje, rury kurna wymienia tam, gdzie nie wiedzą jak rura wygląda, a w samym centrum, gdzie Koreańczyk jak przyjedzie, pomyśli, że właśnie tu, w tym mieście fabrykę sobie postawi, nic, cisza, zero, nul. A ja tam mieszkam, i powiem panu, że co jak co, ale główna ulica to powinna pierwsza być wyremontowana, ooo!
***
— Tak mu normalnie Siwy powiedziałem — Gruby odstawił kufel i poprawił kołnierzyk u koszuli.
— Remont drogi przed kancelarią prezydenta, to po prostu sabotaż w wykonaniu prezydent Warszawy z Platformy Obywatelskiej — powiedział Michał Kamiński w trakcie konferencji prasowej transmitowanej przez telewizor wiszący na ścianie baru „U Śledzia”
— Wiesz co Gruby? Chyba nie będę oryginalny — zagaił po chwili wpatrywania się w oszroniony kufel Siwy – Ale mam wrażenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach