5 listopada 2008 r.
Dyskusja o reformie systemu oświaty coraz bardziej jednoznacznie wskazuje, że poszczególne strony sporu większość czasu w swoim czasie spędzały na wagarach. Pani minister uparła się na reformę, do której samorządy w żaden sposób nie są przygotowane, ale krytycy założeń reformy mówią tak, jakby zostali niedawno przywiezieni z ciemnej strony Księżyca.
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
Oto były wiceminister od oświaty, a obecnie poseł PiS-u Sławomir Kłosowski stwierdza (a się przecież zna, bo był wiceministrem), że:
„Rząd prowadzi do prywatyzacji oświaty, bo ( …) samorząd może oddać dużą, niezagrożoną likwidacją szkołę, jeśli weźmiemy pod uwagę, że dyrektorem szkoły może zostać osoba bez wykształcenia pedagogicznego, to możemy sobie wyobrazić, że biznesmen zgłasza się do samorządu po szkołę, przejmuje ją, a rodzice po wakacjach dowiadują się, że placówka jest w obcych rękach”.
Pięknie powiedziane, panie pośle. Wprawdzie dyrektorem szkoły można i teraz zostać bez wykształcenia pedagogicznego, ale po co o tym mówić. Siła przekazu spada. A o siłę straszaka przecież chodzi. OBCE RĘCE — jak to brzmi. Dzieci kiedyś były straszone Babą-Jagą, dziś rodziców wujek Sławek straszy obcymi rękami. A biznesmen w retoryce PiS-u to nadal synonim Freddiego z ulicy Wiązów. Obcy syndykat czający się zdradziecko na nasze, pachnące wierzbą szumiącą, gdzie dzięcielina pała, szkoły.
Stefan Kubowicz z nauczycielskiej „Solidarności” był widocznie na tej samej imprezie, skoro mówi „Rzeczpospolitej”: „Na gruntach szkolnych (ten, kto przejmuje szkołę) prowadzić może stadninę, udając, że to dla dobra dzieci”. Ciekawe, dlaczego stadninę, a nie na przykład fabrykę siedzeń lotniczych. Panu Kubowiczowi polecam krótką rozgrzewkę: proszę wskazać pięć rzeczy odróżniających szkołę od stadniny, potem się mocno skupić i na koniec dopiero powiedzieć coś dziennikarzowi.
Skomplikowaną figurę retoryczną wykonuje też pani Alina Kozińska-Bałyga z Federacji Inicjatyw Oświatowych. Wprawdzie przyznaje to, co intuicyjnie wyczuwa wielu, że dobrze zarządzana placówka oświatowa może być dochodowym interesem, co w dużej mierze zależy od liczby uczniów w tej szkole, ale na tym samym oddechu stwierdza, że w ustawie brak jest prawnych obwarowań utrudniających przyjęcie szkół przez osoby, które chciałyby na tym zarobić. Zdumiewająca logika, porażająca dynamizmem procesów myślowych.
W tych szkołach nie będzie obowiązywała Karta nauczyciela — wieszczy Sławomir Witkowicz z Forum Związków Zawodowych. Chciałoby się krzyknąć: „Nareszcie!”. Ale nie to chyba pan Sławomir chciał nam przekazać. Wszystkie te myśli, od których bije prostota geniuszu pojętego w sposób odkrywczy i nielinearny, znajdują się w jednym niewielkim tekście Renaty Czeladko („Rzepa” z 3 listopada). Wierszówka za tekst — ważna sprawa. Spotkać takich ludzi — bezcenne.
Przekazywanie działających szkół w inne niż samorządowe ręce może okazać się ratunkiem dla często ledwo zipiących od ciężaru oświaty gmin. Likwidacja szkoły to w Polsce lokalnej decyzja polityczna, wyborcza, na dodatek rozciągnięta w czasie. Radny prędzej sobie rękę odetnie, niż przed wyborami zagłosuje za likwidacją. A „przed wyborami” jest zawsze. Przekazanie w biegu takiej szkoły ludziom, którzy chcą spróbować ją prowadzić, z jednej strony pozwala na eleganckie umycie rąk radnym, z drugiej daje szansę na pozostawienie szkoły tu i teraz. Nauczyciele się znajdą, spokojna głowa. Kartą nauczyciela rodziny się nie wyżywi. Porządną pensją już tak.
Reformy to sprawa ciężka. Ta proponowana przez panią minister Hall do końca szczęśliwa nie jest. Nie zmienia to faktu, że jej współczuję (pani minister, nie reformie). Jest beton komórkowy, jest żelazobeton, jest też forma bytu twarda jak diament, odporna na ścieranie jak tarcza do cięcia granitu — to środowisko oświatowe. I wcale nie mówię o nauczycielach.
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach