6 sierpnia 2007 r.
Jest kolejny sukces! Polscy celnicy wywalczyli coś, co każdemu pracownikowi żyłowanemu przez pracodawcę śni się po nocach: Będą dostawali wypłatę, pomimo, że już niedługo zlikwidują im miejsca pracy.
Uwaga: artykuł który czytasz ma ponad 3 miesiące.
R E K L A M A
Jak dobrze pójdzie w 2008 roku podpiszemy układ z Schengen. A to znaczy, że nasza południowa i zachodnia granica praktycznie zniknie. W każdym kraju, który układ podpisywał, oznaczało to automatyczne przeniesienie służb granicznych albo na granicę z krajem nieunijnym, albo niestety zwolnienie z pracy.
W każdym, tylko nie u nas. Nasi celnicy zostają na granicy, której nie będzie. Związek zawodowy bez problemu wytłumaczył stronie rządowej, że przeprowadzka pod Przemyśl, to gehenna rodzinna, kłopot i trauma. Dzieci muszą iść do nowej szkoły, żony nie mogą spotykać się ze swoimi przyjaciółkami, i w ogóle, jak to określił przewodniczący związku "Lepiej mieszkać bliżej Berlina niż Mińska". To najprawdopodobniej przekonało rząd.
Zostają. Wprawdzie bez pracy ,ale z pensją. Bo żyć trzeba. Dzięki temu pomimo likwidacji granic, ich utrzymanie będzie kosztować prawie tyle samo.
Już niedługo rodzinka pojedzie do Czech na narty i tatuś powie do dzieci – patrzcie dzieci ten słupek kosztuje na 4 miliony złotych rocznie. – Dlaczego?- zapytają się dzieci wpatrzone w najdroższy słupek świata – Bo to jest granica, której nie ma, ale na wszelki wypadek nasi czekają w pogotowiu – odpowie tajemniczo tata. I nawet nie zauważą, jak miną czeski bankomat, z którego swoją kolejną wypłatę weźmie polski celnik. A potem pójdzie do gospody, gdzie przy kufelku rozprawiać będzie o korzyściach płynących z podpisania przez Polskę układu z Schengen.
Paweł Ławicki
Copyright © TaxNet Sp. z o.o. w Tychach